Facebook
saillavie.pl

2011 Włochy/Chorwacja

Z Aprilia Maritima do Wenecji
Po kilku dniach burzowych z intensywnymi opadami  i silnym wiatrem nareszcie dobra prognoza pogody! Teraz musimy tylko zaczekać na wysoką wodę i wypływamy!
Laguna Marano, położona na wschód od bardziej znanej Laguny Weneckiej, pomiędzy Lignano i Grado W zachodnim końcu laguny, w Aprilia Maritima wybudowano kilka marin i osiedle domów i mieszkań wakacyjnych. Stoi tam kilkaset jachtów jednak co najmniej połowa to ulubione przez Włochów motorówki. Laguna Marano jest jeszcze płytsza niż jej bardziej znana sąsiadka. Kryzys finansowy spowodował, że lokalne władze zaprzestały pogłębiania i tory wodne stopniowo zamulają się. Skok pływów w tej okolicy wynosi około 1 metra. To wystarcza by przy niskiej wodzie jachty żaglowe, zwłaszcza te z większym zanurzeniem miały problemy.
Wysoka woda ma być około 14.30, ale już o 11.30 podnosi się na tyle, że ryzykujemy wyjście. Nie spuszczając oka z wskazań echosondy powoli płyniemy wąskim kanałem przez lagunę. Po lewej widać wznoszące się Alpy Julijskie o zaśnieżonych szczytach.  To też efekt ostatniego załamania pogody. No i w końcu to już druga połowa września.


Wąski początkowo kanał stopniowo rozszerza się, skręcając w kilku miejscach. Trzymamy się jego środka pamiętając wskazówki lokalnych żeglarzy. Niektóre jachty motorowe nic sobie jednak nie robią z ograniczenia prędkości. Usuwamy się im z drogi zbliżając się niebezpiecznie do wyznaczających granice toru wodnego dalb. Na szczęście jeszcze wcześnie i na razie ruch jest tylko w stronę morza. W kilku miejscach wskazania echosondy zbliżają się do niebezpiecznego dla nas poziomu. Na szczęście przypływ trwa i najgorsze już za nami.
Na skrzyżowaniach kanałów drogowskazy wskazują odległości do okolicznych miejscowości. Są one jednak dostępne tylko dla motorówek. Z zanurzeniem większym niż 70- 80 cm nie ma co się zapuszczać w te skądinąd ciekawe okolice.
Po prawej mijamy wejścia do marin w Lignano Sabbiadoro. Pełne w sezonie plaże są teraz prawie puste. Nieliczni spacerowicze nie kwapią się do wchodzenia do wody.
Również podejście i kanał wylotowy z laguny wytyczone jest jednostronnie dalbami. Prądy nanoszą tu piasek i nawet w teoretycznie bezpiecznym miejscu można się nadziać na jakąś łachę piachu. Za dalbami kierujemy się dalej w morze, bo wzdłuż brzegu rozmieszczono wiele farm rybnych i bezpieczniej będzie zachować spory odstęp. Dopiero oddaliwszy się około 10 mil od brzegu kierujemy się prosto w stronę Wenecji. Wiatr całkiem siada więc czeka nas jazda na silniku.
Płaskie monotonne brzegi urozmaicają tylko liczne miejscowości wczasowe. Ligniano, Bibione, Caorle powoli zostają w tyle. W głębi lądu widać charakterystyczne, wystrzępione szczyty Dolomitów.
Naraz czujne „oko” okrzykiem zwraca uwagę na pływającą przeszkodę. To potężny kilkunastometrowy konar czy pień unoszący się na powierzchni wody. Przed nami widać ich jeszcze więcej, a szybka ocena sytuacji przez lornetkę pokazuje, że przeszkody rozciągają się szeroko przed naszym dziobem. Nie pozostaje nam nic innego jak zmniejszyć prędkość i lawirować dla ominięcia kolejnych niespodzianek. Najprawdopodobniej ulewne deszcze i burze z nawałnicami spowodowały wymycie kłód z koryta rzeki Tagliamento. Wysoka woda podmyła też całe drzewa, które spłynęły z nurtem do morza. Te ostatnie dzięki sterczącym gałęziom były lepiej widoczne.


Po około pół godzinie kluczenia sytuacja poprawia się i możemy zwiększyć szybkość.
Krótko przed zachodem słońca osiągamy wschodnie wejście do Laguny Weneckiej. Przy charakterystycznie pomalowanej w szachownicę latarni mijamy duży wycieczkowiec, których zawsze kilka stoi w Wenecji.



W północnym wejściu do Laguny „Porto di Lido” podobnie jak w pozostałych „Porto di Malamocco” i „Porto di Chioggia” trwają prace przy budowie systemu zapór przeciw powodziowych. Bardzo kontrowersyjny projekt MOSE ("Modulo sperimentale elettromeccanico") zakłada utrzymanie w lagunie weneckiej stałego poziomu wód. Trzy przesmyki, które łączą ją z Adriatykiem mają być zamykane podczas przypływu (aqua alta) przez wypełniane sprężonym powietrzem metalowe zapory. Do zablokowania wszystkich wejść do laguny potrzebnych będzie 79 zapór, ustawionych jedna obok drugiej w każdym z trzech przesmyków. Wydaje się, że szczęściem w nieszczęściu, obecny kryzys wstrzymał prace i jest szansa na przyjęcie innych rozwiązań lepiej uwzględniających ekologiczne skutki działań dla laguny.



Pozostawiając po prawej Treporti z mariną o tej samej nazwie i Lido di Venezia po lewej posuwamy się w głąb laguny kierując się w stronę Wenecji. Dobry plan laguny lub ploter z aktualną mapą jest konieczny by nie pogubić się w plątaninie dalb wytyczających szlaki w lagunie. Już wiemy, że połączone trzy dalby ze sterczącą z ich wierzchołka tyką oznaczają rozwidlenie. Wszystkie dalby wytyczające granice kanałów są numerowane od strony wewnętrznej kanału. Ta wiedza przyda się gdy będziemy nocą wpływać do Grado.
Mijamy kolejne wyspy Laguny Sant’Erasmo i Le Vignole. Opuszczone budynki robią przygnębiające wrażenie. To jeszcze „nie ta” Wenecja do której płyniemy. Tylko płynące jeden za drugim tramwaje wodne potwierdzają, że już jesteśmy blisko celu. Zapadający zmrok powoduje, że musimy porzucić nasz pierwotny plan podpłynięcia od razu z marszu pod Plac Św. Marka. Z żalem skręcamy za La Certosą w prawo, kierując się do mariny St. Elena na wyspie o tej samej nazwie. Zgodnie z miejscowym zwyczajem dzwonię do mariny by upewnić się, że są wolne miejsca i uprzedzić, o której wpływamy. Włoch z którym rozmawiam rozumie po angielsku, jednak odpowiada po włosku. Wypowiadane zdania brzmią potakująco, zresztą trudno się spodziewać by po sezonie było tu pełno. Na wszelki wypadek powtarzam po włosku wymiary jachtu i słyszę potwierdzające „si, si”. Faktycznie gdy wpływamy w wąskie wejście do mariny czeka już na nas „marinero” w łodzi motorowej i pokazuje, żeby płynąć za nim.

  

Wzorem tubylców nie wpływamy od razu we wskazane miejsce między dalbami tylko stajemy przy lewej dalbie burtą. Zakładamy na nią jedną z cum dziobowych i obracając się oparci o dalbę „łapiemy” prawą dalbę i obkładamy na niej drugą cumę. Dopiero teraz powoli wsuwamy się w wąskie miejsce między dalbami gdzie na kei czeka już „marinero” i odbiera cumy rufowe. Jeszcze tylko szpringi od dalb na obie burty i gotowe. (na innych miejscach w tej samej marinie, podobnie jak w innych marinach w tej okolicy często na dalbach wiszą cumy „stałych użytkowników” wtedy należy ich użyć)
W marinie jest prąd i woda, jednak stan toalet nie zachęca do ich wykorzystywania. Obok ma powstać nowa duża marina, jednak kryzys wstrzymał jej budowę. Nad mariną St. Elena wznosi się stadion na którym czasem rozgrywane są mecze piłkarskie. Zaletą tego miejsca jest spokój i nieduża odległość do centrum Wenecji. Do placu Św. Marka można dojść w 20 minut nie korzystając z tramwaju wodnego. Jeśli jednak wykupi się bilet to do najbliższego przystanku „Vaporetto” dochodzi się w 5 minut. W pobliżu na Via Garibaldi jest też jeden z niewielu w Wenecji większych sklepów spożywczych.



Po sklarowaniu jachtu kierujemy się w stronę placu Św. Marka. Do późnej nocy spacerujemy po Wenecji i mocno zmęczeni wracamy po północy na jacht. Rano kupujemy całodzienny bilet na Vaporetto i płyniemy w stronę placu Św. Marka by oszczędzić nogi. Stamtąd kierujemy się na zwiedzanie Wenecji. Niektóre odcinki pokonujemy tramwajem wodnym tak by optymalnie wykorzystać  czas który mamy do dyspozycji. Kolejnego dnia poświęcamy przedpołudnie na zwiedzenie Murano , a następnie wypływamy w stronę Chioggi. Wcześniej jednak podpływamy pod plac Św. Marka by wszyscy mogli zaliczyć obowiązkowe zdjęcie z „Campanile” i „Dogana di Mare” w tle. Pływanie w okolicy pl. Św. Marka wymaga wielkiej uwagi od sternika, gdyż ze wszystkich stron płyną tramwaje i taksówki wodne, ich kursy przecinają gondole i motorówki, a do towarzystwa dołączają jeszcze najróżniejsze jednostki towarowe i użytkowe. Obowiązującego ograniczenia prędkości nikt nie przestrzega, a kierujący znają tylko trzy położenia manetki gazu całą w przód, cała wstecz i stop.
Nawet barka z koparką na deku usiłuje naśladować wodolot goniąc „ekspresowy szambolot” Jakimś cudem cały ten kocioł jakoś funkcjonuje, tylko zafalowanie dodatkowo utrudnia kierowanie jachtem. Na pocieszenie pozostaje myśl, że gondolierzy mają gorzej, a też jakoś sobie radzą.

  
Z Wenecji do Chioggi
Spod placu Św. Marka kierujemy się na zachód kanałem della Giudecca. Opływamy wyspę o tej samej nazwie oglądając po drodze wycieczkowce stojące w weneckim porcie. Wijącym się kanałem płyniemy w stronę Lido mijając wyspę San Clemente. Kanał wzdłuż Lido w stronę cieśniny Malamocco jest dość szeroki i nie stwarza problemów nawigacyjnych. Sama cieśnina, środkowe wyjście na morze, jest trochę węższa niż Porto di Lido, którym wpływaliśmy do Laguny. Jest ona głównym wejściem dla statków płynących do portów Wenecji i Mestre. Przecinając tor wodny trzeba pilnować by nie wejść komuś w drogę. Kolejny odcinek wzdłuż Pellestrina jest „molto pictoresco!” jak mówią Włosi. Faktycznie kolorowe domki na brzegu laguny tworzą piękne krajobrazy.

Dodatkowym urozmaiceniem krajobrazu są „domki rybaka”

Wreszcie docieramy do trzeciej cieśniny - Chioggia i naszego celu na ten dzień. Stajemy na noc w marinie Sottomarina. Mostkiem nad kanałem przechodzimy w stronę miasta by w jednej z licznych restauracji zjeść rybę. Chioggia to największy w tej części Adriatyku port rybacki i ryby są specjalnością każdej tutejszej restauracji. Wybraliśmy tą marinę bo sąsiednia „Darsena Mosella” jest daleko od miasteczka, a na plażę się nie wybieraliśmy. Sama Chioggia nazywana jest czasem „małą Wenecją”. Trochę to może na wyrost, ale miasteczko jest bardzo sympatyczne, szkoda tylko, że główny kanał został zasypany i w dzisiejszym stanie raczej szpeci niż zdobi miasto.



Ale wieczorny spacer główną ulicą miasta zakończony kolacją w jednej z licznych restauracyjek potwierdza wcześniejsze opinie, że warto tu było płynąć.
 

Następnego dnia wypływamy cieśniną Porto di Chioggia na Adriatyk i płyniemy z powrotem w stronę Wenecji. Naszym celem jest Burano, którego nie zdążyliśmy odwiedzić poprzedniego dnia. Stajemy w jedynym miejscu, gdzie jest to możliwe w kanale między Burano, a Mazzorbo. Domki Burano zdają się być nierealnie kolorowe.




Z Wenecji na Istrię
Późnym wieczorem klarujemy jacht i wypływamy w stronę Istrii. Przed nami prawie 60 mil w linii prostej do Rovinja. Mamy tylko nadzieję, że spotkane kilka dni temu kłody nie znajdą się na naszym kursie. W ciemnościach nie mielibyśmy żadnych szans by je zobaczyć.
Po drodze musimy przeciąć tory wodne prowadzące do portów w Trieście i Monfalcone. Na szczęście ruch nie jest duży, a pogoda i widoczność bardzo dobra. O świcie podchodzimy pod Rovinj mijając wracające do portu kutry. Stajemy do odprawy przy punkcie odpraw. Krótki spacer do policji granicznej i kapitanatu i załatwione. Trochę nielegalnie postanawiamy zostać w tym miejscu jeszcze trochę by zrobić zakupy i zjeść śniadanie. W pobliskim Konzumie kupujemy świeże pieczywo i nabiał, a w Ribaricy świeżą rybę. „Zagrebackim syr” zastępuje mozzarelę. Przy okazji wymieniamy też w banku trochę euro na kuny.
Ponieważ ostatnie dni upłynęły na intensywnym zwiedzaniu, a ostatnia noc w morzu też nas trochę zmęczyła decydujemy trochę odpocząć.
Stajemy na kotwicy pod wysepkami na południe od Rovinja. Reszta dnia upływa nam na kąpieli i opalaniu.
Dzień kończymy popijając chorwacką rybę dobrze schłodzonym włoskim białym Friuliano.
Kolejnego dnia wypływamy wcześnie, bo przed nami daleki przelot. Korzystając z pomyślnego wiatru kierujemy się na południe by koło latarni Porer opłynąć południowy kraniec Istrii.



Dobra pogoda cieszy nie tylko żeglarzy. W pewnej chwili pojawia się koło nas pięć delfinów. Tak licznego stada już dawno nie widziałem. Krążą wokół nas polując najwidoczniej na ławicę ryb. Zwalniamy trochę, ale czas pogania i z żalem kierujemy się dalej.



Kvarner
Późnym wieczorem dopływamy do celu. Przed nami Mali Losinj, miasteczko i port na wyspie tej samej nazwy. Kilka lat temu zdemontowano tu pływające pomosty i jedyną możliwość to stanąć na mooringach za falochronem, bądź long side do lewej lub prawej strony nadbrzeża. Ze względu na późną porę miejsca przy falochronie są już zajęte. Decydujemy się stanąć po prawej, bo w części gdzie były wcześniej pomosty pozostawiono na nadbrzeżu przyłącza wody i prądu. Powoli podchodzimy przymierzając się do jedynego wolnego miejsca. Gdy jesteśmy już bardzo blisko z nadbrzeżnej kawiarni ktoś wyskakuje gwałtownie gestykulując. Na wszelki wypadek cała wstecz i stajemy w miejscu. Okazuje się, że w wodzie pozostały betonowe bloki do których cumowano pomosty. Te przybrzeżne są najwyżej 1,5m pod wodą. Całe szczęście, że ktoś nas ostrzegł. Zawracamy i już spokojnie cumujemy po drugiej stronie, za rufą flagowej jednostki chorwackiej szkoły morskiej „Kraljica Mora”.



Mali Losinj to jedno z najładniejszych miasteczek na wybrzeżu Chorwacji i chyba najładniejsze w Kvarnerze. Liczne knajpki i dobre zaopatrzenie to kolejne powody by tu się zatrzymać. Charakterystyczne kolorowe domki można zobaczyć także w większym z nazwy, a w rzeczywistości mniejszym miasteczku Veli Losinj z drugiej strony wyspy. Mali Losinj położony jest w głębi sporej zatoki, która poprzez wąski kanał umożliwiający przejście na drugą stronę wyspy połączona jest z Losinjskim Kanalem. Obrotowy most jest otwierany tylko dwa razy dziennie i zamykany natychmiast gdy oczekujące jachty przepłyną na drugą stronę. Obok kanału znajduje się marina, jednak jeśli są miejsca lepiej jest stawać w porcie miejskim. W razie potrzeby bezpieczne miejsca postojowe znajdują się również na wschodnim brzegu zatoki na północ od mostu i kanału.

Po porannych zakupach (na obiad będą świeże krewetki) wypływamy kierując się po zachodniej stronie wyspy dalej na południe. Przy południowym końcu Mali Losinj znów spotykamy delfiny, jest ich mniej i trzymają się dość daleko. Zmierzamy w stronę wyspy Ilovik, przepływając wąskim kanałem między Ilovik a Sv. Petar. Znajduje się tu bardzo popularne w sezonie miejsce na postój z licznymi bojami i knajpkami na brzegach. Teraz jest tu całkiem pusto, ale boi  jeszcze nie zdemontowano.



Na brzegu wysepki Sv. Petar znajduje się dobrze zachowana willa wiejska (Villa rustica), która przed wiekami za czasów rzymskich należała do jednego z patrycjuszy z pobliskiej Puli.

Opływamy Sv. Petar i zawracamy na północ. Niestety tym razem nie starczy czasu by odwiedzić moją ulubioną Silbę. Między wysepkami Orulje, a Orudą znów napotykamy delfiny. Naszym celem jest Pogana, na południowym końcu wyspy Cres, półwyspie Punta Kriza. Spokojna teraz zatoka w sezonie jest pełna łódek, a duży kamping na brzegu to ulubione miejsce naturystów. Miejsce za małym falochronem jest zazwyczaj niedostępne, ale można stawać na bojach w zatoce.

Droga powrotna
O świcie wypływamy, by zdążyć do Osoru przed otwarciem mostu. Wschodzące słońce powoli wyłania się z nad szczytów Velebitu.


 
W Osorze jesteśmy przed czasem i ostatnie dwie mile wleczemy się wolniutko bo przed samym mostem nie będzie jak zaczekać. Krótki postój i zakupy planujemy po drugiej stronie mostu.
 

Przepływamy wąski kanał w którym pokonać trzeba dość silny prąd. Gdy ostatni jacht minął obrotowy most zaczyna się on zamykać. Nadpływający z północy, spóźniony jacht będzie musiał zaczekać do wieczora lub opłynąć Mali Losinj od zachodniej strony. Słabiutki po wschodniej osłoniętej stronie wiatr nabiera siły, a fala od otwartego morza jest coraz wyższa. Decydujemy się desantować część załogi na brzeg pontonem. Fala jest zbyt wysoka by stanąć przy krótkim molo, a płynąć pontonem z odległego kotwicowiska też nikt nie chce. Krótki spacer po urokliwym miasteczku, zdjęcie na kolanach znanego chorwackiego poety i dalej w drogę. Do Puli mamy jeszcze dość daleko.
Najpierw żmudnie halsujemy pod wiatr, który w końcu nagle słabnie by po południu zaniknąć zupełnie. Do Puli już dziś nie zdążymy. Stajemy na noc w jednej z zatok przed Pulą.
Rano opływamy przylądek Kumper i wpływamy w szerokie wejście zatoki prowadzącej do Puli. Mijamy wojskowe i portowe zabudowania zza których wylania się amfiteatr. Zbudowany za czasów rzymskich i bardzo dobrze zachowany, jest największą i chyba jedyną atrakcją Puli.



Naszym kolejnym celem będzie znany już nam Rovinj. Miasteczko tak nam się spodobało, że koniecznie chcemy tam wrócić. Tym razem zatrzymamy się na noc by je spokojnie pozwiedzać i spędzić wieczór w jednej z licznych restauracji. Wysoka fala uniemożliwia postój po północnej stronie starego miasta. Zawracamy i cumujemy w marinie ACI. Wieczorem spacerem udajemy się w stronę centrum. Nadbrzeżne restauracje są prawie puste, to środek tygodnia poza sezonem. Kelnerzy agresywnie zachęcają do wejścia, a my nie możemy się zdecydować, którą wybrać. Wybieramy tą, gdzie jest najwięcej Włochów, którzy są tu najliczniejszą grupą. Po dobrej kolacji jeszcze lody i spacer po miasteczku. Rano płyniemy do stacji benzynowej po drugiej stronie mijając kolorowe kamieniczki pięknie oświetlone porannym słońcem. Rovinj faktycznie jest perłą Istrii.

 
Nasz rejs powoli dobiega końca.
Musimy zdążyć przed 18tą do Umagu, żeby zdążyć się odprawić przed zamknięciem kapitanatu. Posterunek policji granicznej jest czynny cała dobę, ale kapitanat ze względów oszczędnościowych po sezonie zamykają o 18.00. Po drodze jeszcze ostatnia kąpiel i cumujemy po prawej stronie portu przed posterunkiem granicznym. Czynny w sezonie punkt odpraw w marinie teraz jest już zamknięty. Odprawiamy się wyjątkowo szybko i już przed 18.00 wychodzimy znów w morze. Tym razem musimy tylko przeskoczyć na drugą stronę zatoki Triesteńskiej do Grado.
Szybko zapada jesienny zmrok, ale pogoda i widoczność są dobre, a wiatr słaby. Ponieważ mamy jeszcze plany na wieczór po godzinie zrzucamy żagle i dalej płyniemy na silniku. Do Grado mamy raptem 15 mil, do tego jeszcze pół godziny na wejście i będziemy na miejscu.
Teraz jednak zbliżamy się do granicy toru wodnego prowadzącego do Triestu. Jest już całkowita ciemność i intensywnie wypatrujemy świateł. W tą stronę płynie jednak mało statków i południowy tor przekraczamy bez emocji.  Po drugiej stronie sytuacja jest jednak inna przed nami przechodzi jakaś większa jednostka za nią druga i kolejna. Dyskusja o rozpoznawaniu świateł statków z teoretycznej błyskawicznie zmienia się w praktyczną. Namiary pokazują, że możemy być niebezpiecznie blisko, więc zmniejszamy prędkość by przepuścić „większego”. Wreszcie tor wodny jest za nami i można trochę odetchnąć. Teraz tylko musimy trafić w wejście do laguny Marano prowadzące do Grado. Jest ono szerokie i wytyczone dalbami, jednak w nocy będziemy musieli dobrze wytężać wzrok. Do tego okolice wejścia są płytkie i oprócz obserwacji mapy na ploterze nie można spuszczać oka z echosondy.



Płyniemy wzdłuż izobaty 10 metrów, aż momentu gdy znajdziemy się na przedłużeniu kanału wejściowego. Powinniśmy wtedy zobaczyć czerwone światło w rozwidleniu kanału. Gdy jesteśmy w zaplanowanym miejscu ostro skręcamy w prawo. W pogotowiu mamy latarki, noktowizor, a wszyscy z natężeniem wypatrują pierwszej dalby, którą niedługo powinniśmy zobaczyć. do Wreszcie w poblasku świateł brzegowych dostrzegamy jakiś cień. Jest tylko trochę bliżej niż „powinien być”. Z minimalną prędkością podpływamy trochę bliżej oświetlając dalbę mocną latarką. Jest widoczny biały znak! Tu podobnie jak na lagunie weneckiej wszystkie dalby są numerowane od strony toru wodnego. Jeśli by go nie było widać znaczyłoby, że jesteśmy po złej stronie. Płyniemy wolno dalej wypatrując drugiej dalby, przed nami majaczy ciemny kontur, a kawałek dalej wyłania się następny. Tor jest tu zbyt szeroki by po ciemku zobaczyć dalby z drugiej jego strony. Podchodzimy trochę bliżej środka toru wodnego kierując się wskazaniami echosondy i plotera. Za dnia to miejsce wydaje się łatwe, szerokie i bezpieczne. Teraz każdy cień, każde wahnięcie wskazań echosondy powoduje niepokój. Jednak im bliżej jesteśmy brzegu tym jaśniej jest od świateł Grado. Dalby są już dobrze widoczne, można także identyfikować kolejne światła. Powoli opływamy wyspę na której leży miasto i kierujemy się w głąb. Mijamy kilka marin po prawej i wpływamy w kanał prowadzący do miasta. Pomimo tego, że to już nie sezon cumuje tu dużo jachtów i łodzi. Na szczęście znajdujemy dla nas odpowiednie miejsce stając rufą do brzegu z trochę za krótką cumą dziobową do boi. Na wszelki wypadek wiążemy się jeszcze do drugiej boi.

Szybkim spacerem przemierzamy miasteczko, bo restauracje są z drugiej strony, bliżej otwartego morza. To już ostatni wieczór na jachcie. Jutro tylko krótki dwugodzinny odcinek do Aprili, klarowanie jachtu i wieczorem powrót do Polski. Nasz rejs obfitował we wrażenia, odwiedziliśmy wiele fajnych miejsc, a Grado było jego dobrym zwieńczeniem. Miejscowa restauracja z rybami i owocami morza w menu potwierdziła wyższość kuchni włoskiej nad chorwacką. Okazało się też, że wcale nie jest tu drożej niż w Chorwacji.
Rano po wizycie bosmana portu, który skasował nas za postój, wypływamy z miasta kanałem przypominającym te w Amsterdamie. Mijamy figurkę Madonna del Mare pilnującej wejścia do miasta.



W dzień rozlewiska laguny poprzecinane rzędami dalb i pali wyglądają zupełnie inaczej niż wczoraj w nocy. Wypływamy w stronę pełnego morza mając za plecami widok na Alpy Julijskie i Masyw Carni.

 

Znajome plaże Lignano Sabbiadoro  są jeszcze bardziej puste niż gdy stąd wypływaliśmy. Korzystając z popychającego nas prądu przypływu przemierzamy Lagunę Marano. Jeszcze kilka zakrętów i wpływamy do naszej mariny. Klar jachtu no i koniecznie zakupy włoskich przysmaków. Lokalne Fruliano na stałe weszło do naszego menu, do tego jeszcze ostra oliwa, jakieś dodatki „de gusti” i w drogę.
Przed nami niecałe 900 km autostradami do granic Polski.

 

Copyright © Sail La Vie 2019 saillavie.pl

Wykonanie strony www.